Sharenting - zdjęcia dzieci w Internecie

Szacuje się, że na świecie średni wiek pojawienia się dziecka w sieci to 6 miesiąc przed narodzinami. Ponad 80 proc. dzieci poniżej 2 roku życia ma w Internecie swój cyfrowy ślad. I to jest zasługa rodziców. W tym artykule chcę wam przybliżyć problem sharentingu, czyli nasilającym się zjawisku nieodpowiedzialnego dzielenia się zdjęciami własnych dzieci w sieci. 

Spis treści:

Jesteśmy częścią świata cyfrowego

Sharenting to słowo z języka angielskiego (połączenie określeń share – dzielić się i parenting – rodzicielstwo). Oznacza cykliczne umieszczanie przez rodziców filmów i zdjęć dzieci w Internecie. Kiedyś mówiło się o świecie realnym i świecie wirtualnym. Tak jak gdyby to były dwa różne światy. Świat jest cyfrowy i wirtualny w tym sensie, że coraz częściej doświadczamy tego świata, poznajemy go dzięki technologiom cyfrowym. Można się długo zastanawiać, czy te technologie przynoszą nam więcej szkody czy więcej pożytku. Ja osobiście uważam, że więcej pożytku, ale nie mam wątpliwości, że ich pojawienie się to ogromne wyzwanie. Nie tylko technologiczne, ale także społeczne i wychowawcze. Technologie mogą nasz świat zmieniać na lepsze, jeżeli będziemy mieli świadomość, jak ich używać w sposób racjonalny i odpowiedzialny.

Z tego też powodu postanowiłem stworzyć Akademię Cyfrowego Rodzica. To ma być miejsce, gdzie rodzice, młodzi ludzie i wychowawcy będą mogli znaleźć informacje o tym, jak funkcjonować w świecie cyfrowym. Jak rozpoznawać najbardziej mroczne jego miejsca, jak uchronić siebie i swoich bliskich przed niebezpieczeństwami z nim związanymi. 

Wesprzyj zrzutkę na rozwój projektów Nauka. To Lubię

Cyfrowe dziecko – zdjęcia w sieci naszych pociech

To dość naturalne, że gdy rodzi się dziecko, albo gdy zaczyna chodzić czy mówić, chcemy się pochwalić tym z bliskimi. Pierwszą rola w przedszkolnym przedstawieniu to też powód do dumy. Wtedy bardzo często decydujemy się na wrzucanie zdjęć do sieci swoich pociech. Tylko czy ci bliscy to koniecznie musi być cały Internet? W wielu sprawach wciąż nie rozumiemy, albo nasza podświadomość nie rozumie, że Facebook to nie to samo co urodziny u cioci Jadzi, na których przegląda się zdjęcia ze starych albumów. Choć nawet przeglądanie zdjęć rodzinnych czasami wprawia w zakłopotanie, bo w końcu kto chce, by publicznie komentowano pierwsze posiedzenie na nocniku? Albo bieganie z gołą pupą w ogrodzie babci? A teraz wyobraźcie sobie, że ktoś takie, albo jeszcze bardziej intymne zdjęcia wrzuca na fejsa. Żenujące, prawda? A to jest właśnie sharenting i nie jest wcale zjawiskiem mało popularnym.

Uważasz, że ludzie takich rzeczy nie robią? Że rodzice mają rodzaj hamulca i wiedzą, że takie zdjęcie nigdy nie zniknie z sieci? Że może być wrzucone na serwer dla pedofilów w Nowej Zelandii, albo posłużyć komuś, kto robi memy czy virale rozsyłane na cały świat. W końcu może zostać przypomniane wtedy, gdy dziecko z bobasa zamieni się w pogubionego w świecie nastolatka. Uważasz, że ludzie dorośli, odpowiedzialni takich rzeczy nie robią? Otóż robią. I to coraz częściej. Z coraz większą szkodą dla swoich dzieci. 

Sharenting - udostępnianie zdjęć dzieci w Internecie

W Polsce ponad 40% rodziców udostępnia w Internecie zdjęcia swoich pociech. Średnio udostępniamy, my rodzice, jedno zdjęcie dziecka na 5 dni i jeden film na dwa tygodnie. To daje ponad 70 zdjęć i 24 filmy rocznie. Nierzadko to „przezabawne” filmiki z potknięciami, wywrotkami, ubrudzeniem się podczas jedzenia, kłótni z rodzeństwem czy niestandardowymi zabawami z domowymi zwierzakami. Często zresztą na samych filmach się nie kończy. Dodajemy w opisie wesołe – po czasie tylko dla nas – dykteryjki, przejęzyczenia, informacje, gdzie wtedy gdy robiliśmy zdjęcie dziecko było, czym się interesuje i jakie ma zdolności. Szkoda, że bardzo często zbyt późno, a u niektórych nigdy, przychodzi refleksja, że te informacje będą krążyły w sieci na zawsze. 

Zdjęcie dziecka w sieci to niebezpieczna zabawa 

To, co przed chwilą opisałem, specjaliści nazwali sharentingiem, czyli nadmiernym zamieszczaniem zdjęć i filmików z dziećmi w roli głównej. Jeżeli nie mamy odpowiednio skonfigurowanego konta w serwisie społecznościowym, tracimy kontrolę nad materiałami, które na nie wrzucamy. Mając stu czy dwustu znajomych lub obserwujących, a przecież często mamy ich dużo więcej, nie jesteśmy w stanie przewidzieć, czy ktoś tego zdjęcia lub filmu nie udostępni albo nie skopiuje. Takie materiały mogą zostać pobrane, zapisane lub umieszczone w innych miejscach sieci, w zupełnie innym kontekście niż byśmy tego chcieli. 

Sharenting - zdjęcia dzieci w sieci

Kilka lat temu rządy Australii i Nowej Zelandii wydały raport, z którego wynika, że około połowa zdjęć na serwerach, z których korzystają pedofile, to zdjęcia ściągnięte, ukradzione z kont rodziców, chwalących się swoimi pociechami. Tak, rodzice sami w swojej naiwności czy bezmyślności dostarczają zdjęcia swoich dzieci przestępcom seksualnym. Co oczywiste, szczególnie dużym zainteresowaniem cieszą się zdjęcia dzieci skąpo ubranych, albo całkowicie rozebranych. Najwięcej takich zdjęć robimy w czasie wakacji, a potem z poziomu koca na plaży bezmyślnie wrzucamy je do sieci. Wygląda to tak, jak gdyby szum wiatru, dźwięk fal czy szmer płynącej rzeki usypiał, albo wręcz wyłączał czujność i logiczne myślenie. 

Posłuchaj webinaru na temat sharentingu, który powstał we współpracy z Ministerstwem Cyfryzacji i NASK

Cyfrowy kidnaping

Przerażającym zjawiskiem jest tzw. „baby role play” albo inaczej „cyfrowy kidnaping”, który polega na kradzieży wizerunku dziecka i stworzeniu mu nowej tożsamości w sieci. Osoba mająca dostęp do zdjęć czy filmików zamieszczanych przez rodziców, stwarza dziecku nowy, fikcyjny profil. Czasami podszywa się przy tym pod rodzica, czy opiekuna. Dziecku nadawane jest nowe imię i nazwisko, wiek, miejsce zamieszkania i zainteresowania. W sporej liczbie przypadków tego typu profile zakładane są przez dewiantów seksualnych albo ludzi z zaburzeniami psychicznymi. Dzieląc się swoimi fantazjami na temat „nowej” tożsamości dziecka budują wokół takiego profilu całą społeczność. Np. na Instagramie takie profile są specjalnie otagowane lub mają konkretne hashtagi. Dzięki temu osoby poszukujące takich treści łatwiej mogły na nie trafić. W porównaniu z tym ściąganie zdjęć przez rówieśników z kont rodziców po to, żeby ośmieszyć nielubiana koleżankę czy kolegę wydaje się niewinną zabawą. 

Sharenting – czy warto? 

Wydaje się, choć oczywiście niewinne nie jest. Bo podobnie jak dorosłym, tak i dzieciom należy się szacunek i prawo do ochrony swojego wizerunku. To oczywiste, że opieka nad dzieckiem należy do rodziców czy prawnych opiekunów. Nie znaczy to jednak, że póki dziecko nie skończy 18 lat z jego wizerunkiem można zrobić wszystko. I opisują to konkretne przepisy w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym. Zamieszczając relacje z zabawy, z wakacji, z trudnych chwil i tych wesołych, albo śmieszne zdjęcia dzieci, kreujemy wizerunek, z którym już w nastoletnim wieku dziecko nie musi się zgadzać. 

Często bez wiedzy i woli dziecka tworzymy jego cyfrowy ślad, którego w zasadzie nie da się wymazać. O ile 30-40 latkowie dzisiaj mają w Internecie średnio 15 letnią przeszłość wirtualną (i najpewniej tworzyli ją sami), o tyle ich dzieci będą miały taki cyfrowy ślad sięgający często wczesnego dzieciństwa. Czasami nawet okresu przed urodzeniem. 23 proc. dzieci zaczyna cyfrowe życie zanim zdąży się urodzić. Ponad 80 proc. dzieci przed 2 rokiem życia, ma już w sieci mnóstwo cyfrowych śladów. Dziś pracodawcy zatrudniając nowego pracownika, poza CV i doświadczeniem, coraz częściej przeglądają też konta społecznościowe kandydata. To kopalnia wiedzy o zainteresowaniach, poglądach, znajomościach czy sposobie spędzania wolnego czasu. Dotyczy to też tych dzieci, które kiedyś dorosną. 

Nie chcę powiedzieć, że chwalenie się dziećmi jest nieodpowiedzialne. Sam mam dzieci i często się nimi chwalę – bo jestem z nich bardzo dumny – ale to chwalenie ograniczam do ścisłej grupy przyjaciół i rodziny. Każdy z nas powinien sprawdzić, jakie ma ustawienia kont, z których korzysta, czy są one publiczne czy prywatne? Warto się zastanowić, jak dobrze znamy wszystkich swoich społecznościowych znajomych czy obserwujących, którzy mają dostęp do zdjęć i filmików? A przy wrzucaniu czegokolwiek warto samego siebie zapytać, czy chciałbym żeby moje zdjęcie w tej sytuacji czy w takim ubraniu było powszechnie dostępne? I czy serio warto, żeby kosztem dziecka zbierać lajki i komentarze? Bo to, że obrazy kotów i dzieci zbierają ich najwięcej, to oczywista sprawa. 

Tomasz Rożek

Wesprzyj zrzutkę na rozwój projektów Nauka. To Lubię

One Comment

  1. […] Przeczytaj też: Sharenting – to powinieneś wiedzieć, zanim umieścisz zdjęcia dzieci w Internecie […]